Wszystkie wpisy, których autorem jest aceryz

Open up your heart

Zaraz po ostatnim utworze Lennon poleciał do szatni. Zdążyliśmy wziąć kurtki i wyjść z klubu, zanim tłum pokonał swą bezwładność i spod sceny ruszył ku wyjściu.

„To nie było najlepsze miejsce na ten koncert,” powiedziała Magda. „Chciałabym posłuchać tego w bardziej kameralnej atmosferze, bez baru obok.”

„Spodziewałem się czegoś bardziej popowego, do skakania. Co prawda te aranżacje były mi teraz bliższe, ale oczekiwałem czegoś innego” – Lennon miał podobne odczucia. „Dodałbym jeszcze skrzypce, albo perkusję.”

Uderzyło mnie, że pierwsze komentarze Magdy i Lennona po wyjściu z klubu dotyczyły koncertu w kontekście ich oczekiwań. Od razu pojawiały się też sugestie, jak można by to, co zobaczyliśmy i usłyszeliśmy lepiej do tych oczekiwań dopasować.

Daleki jestem od sugerowania, że jest w tym coś złego. Było nie było, kreujemy świat wokół siebie. Można by z łatwością bronić tezy, że żaden inny znany nam gatunek nie zmienia (celowo) środowiska, w którym żyje tak dalece, jak człowiek. Układamy rzeczy po swojemu, porządkujemy przestrzeń, planujemy, co będziemy robić w przyszłości. Naturalnym zdaje mi się, że na to, co odbieramy patrzymy pod kątem tego, co można by w tym zmienić. Sam robię to bardzo często np. z filmami: zastanawiam się, jak inaczej można by rozwiązać wątki, poprowadzić bohaterów, aby historia była… lepsza. Aby bardziej mi się podobała. Aby wyglądała tak, jak moim zdaniem wyglądać powinna.

Siedząc w autobusie słuchałem, jak Magda z Lennonem rozmawiają jeszcze o występie Kimbry. O wyborze instrumentów, o nastoju, o tekstach. O tym, co mówiła pomiędzy utworami, jak ma się to do innych koncertów, na których byli. Mnie zastanawiało jednak, dlaczego ich pierwsze reakcje tak bardzo zwróciły moją uwagę. Jasne, można zrzucić to na karb tego, że jestem kłótliwy albo bawię się w adwokata diabła, dla sportu kontestując ich zdanie. Swego czasu pewnie tak robiłem. Ostatnio jednak raczej próbuję w ten sposób zrozumieć, skąd biorą się przekonania tak różne od moich.

„Co tam?”, zapytała Magda. Nie chciałem się narzucać jej i Lennonowi z moimi przemyśleniami właśnie dlatego, że mogliby je odebrać jako czepianie się i ocenianie ich poglądów (a nie po to przecież wybieram się z przyjaciółmi na koncert, żeby się z nimi kłócić). Ale skoro już Magda zapytała i doszliśmy do porozumienia, że lepiej mówić, co ma się na myśli niż milczeć, spróbowałem wyjaśnić, skąd wzięło się moje zdziwienie ich wrażeniami po koncercie.

Przypomniałem sobie, jak to na lekcji języka polskiego u pani Eisner w gimnazjum wykonywaliśmy ćwiczenie, w ramach którego podchodziliśmy analitycznie do jakiegoś problemu (nie pamiętam zupełnie, co to było). Rozłożyliśmy nasze rozumowanie na trzy części. Najpierw zastanawialiśmy się „jak jest” – przyglądaliśmy się zastanej sytuacji. Następnie zastanawialiśmy się, „jak powinno być” – określaliśmy pożądany stan rzeczy. W końcu proponowaliśmy działania, które miały doprowadzić nas od części pierwszej do drugiej: „co należy zrobić”. Schemat bardzo użyteczny na co dzień, przy rozwiązywaniu najróżniejszych problemów. Odniosłem wrażenie, że coś podobnego zastosowali Magda i Lennon w odbiorze koncertu. I chyba to właśnie mnie tak uderzyło: że do występu artystki podeszli jak do problemu w znaczeniu jak powyżej.

Tymczasem dla mnie różnica pomiędzy np. filmem, w którym zamiast oglądać pogoń za MacGuffinem wolałbym widzieć bohaterów wchodzących w interakcje między sobą, a koncertem jest taka, że koncert odbywa się na żywo. Co z tego, można zapytać. Przecież w filmie też grają żywi ludzie. Jeśli mogę zgłaszać do niego swoje uwagi o tym, co bym wolał, jak powinno być, jak byłoby lepiej, dlaczego budzi to mój sprzeciw w przypadku wystąpienia na żywo?

Występ na żywo, kiedy jest swobodny, nie wyreżyserowany nadmiernie, to dla mnie szansa na kontakt z drugim człowiekiem. Na dialog, w ramach którego mogę usłyszeć, co ktoś ma do powiedzenia. I tak, jak w dyskusji nie sugerowałbym drugiej osobie, że mogłaby inaczej intonować, użyć innego zwrotu, tak nie widzę na to miejsca w odniesieniu do koncertu na żywo. Załóżmy, że ktoś rozmawia ze mną o tym, co właśnie przeżywa. Czy to dobry moment, aby zwracać uwagę, że błędem jest mówić „w każdym bądź razie”? Jeśli rozmawiam z Chińczykiem czy Turkiem po angielsku (bo ani ja po chińsku czy turecku, ani oni po polsku raczej nie dadzą rady), czy jest to miejsce na pouczanie o użyciu czasu przeszłego? Czy kiedy kolega zaprasza na wernisaż swoich fotografii, czy jest to chwila na sugestie w kwestii rozstawienia prac? We wszystkich tych sytuacjach zupełnie mijałbym się z przekazem, z tym, o czym jest mowa, skupiając się raczej na moich oczekiwaniach względem gramatyki czy aranżacji przestrzeni. Zamiast słuchać, co druga osoba ma mi do powiedzenia, koncentrowałbym się na moim „jak powinno być”.

Oczywiście na tego rodzaju komentarze też jest miejsce i mogą one być w dobrym tonie. Kiedy przyjaciel pisze podanie do zagranicznej instytucji, przejrzę je i chętnie poprawię językowo. Kiedy koleżanka z pracy pisze notkę na temat, na którym się znam, wyłapię błędy. Ale kiedy wybieram się na występ artysty to nie po to, aby zastanawiać się, jak mógłby lepiej wyrazić to, czego chcę słuchać, ale po to, aby artystę wysłuchać. Jeśli wezmę samo nagranie, jeśli chcę skupić się na samym tekście, na samej muzyce – jasne, mogę rozkładać to na czynniki pierwsze, analizować rymy, składnię, cokolwiek. Ale kiedy idę na występ na żywo, najważniejszy jest dla mnie artysta i to, że w ten a nie inny sposób zechciał się wypowiedzieć. Staram się zrozumieć, dlaczego właśnie tak zdecydował, zamiast zastanawiać się, jak zrobić to „lepiej”.

A co z szumem przy barze, który przeszkadza w odbiorze? Z jakiegoś powodu Kimbra występuje właśnie w klubie, a nie w filharmonii. To dla mnie integralna część koncertu. Ludzie w swoim, można by rzec, naturalnym otoczeniu. Tym też różni się koncert na żywo od słuchania muzyki w domowym zaciszu, z głośników albo – aby zupełnie odciąć się od rozpraszających bodźców – przez słuchawki. Tymczasem koncert daje mi szansę zobaczyć, jak inni ludzie odbierają tę muzykę, co ona dla nich znaczy. Tak jak ludzie są różni, tak też ich reakcje są różne. Są dziewczyny, które przyszły posłuchać ulubionych piosenek i starają się uciszyć facetów przy barze. Tam zaś jeden ledwie trzyma się na nogach po kilku szotach i tylko powoli kiwa potakująco głową, kiedy drugi opowiada mu o nowym pomyśle na biznes. Nie słyszą muzyki, a tym bardziej skierowanego w ich stronę „ćśśś!”. Kawałek dalej dziewczyna stara się skraść całusa chłopakowi, który nie odrywa oczu od sceny. Ona zniecierpliwiona, on niewzruszony. Większość osób jednak bierze czynny udział w koncercie: śpiewa refreny, klaszcze co utwór, kołysze się przestępuje do rytmu. Niektórzy odwracają się obruszając na tych, którzy nie są podobnie zaangażowani. Tak dużo się dzieje, jest tyle rzeczy, zachowań, ludzi, którym można się przyjrzeć, że szkoda mi zajmować się swoimi wyobrażeniami na temat tego, jak mogłoby być. Zamiast rzucać się od razu do tego, „jak powinno być”, skupiam się bardzo na tym, „jak jest”. Czy w ogóle coś z tego chcę zmienić? Co innego robić rzeczy po swojemu, a co innego chcieć zmienić to, co robią i jak to robią ludzie wokół nas.

Wysiadamy z autobusu, już tylko parę kroków do domu. Nie wiem, czy udało mi się wyjaśnić Magdzie bądź Lennonowi, o co mi w zasadzie chodzi: dlaczego tak obruszyłem się na ich komentarze. Ale podobnie jak nie zastanawiam się w ogóle, jak powinien, jak mógłby wyglądać koncert Kimbry, tak nie uważam, że moi przyjaciele powinni myśleć w jakiś konkretny sposób. Jestem za to wdzięczny, że Kimbra dała mi okazję poobserwować ludzi, a moi przyjaciele, przez rozmowę z nimi, pozwolili mi lepiej zrozumieć, co jest dla mnie ważne.

Gnothi seauton

Lubię zwolnić, zatrzymać się i żyć tu, teraz. Kiedy mam wiele rzeczy do zrobienia – czy to w pracy, czy to na studiach, w zasadzie cokolwiek – żyję przyszłością: tym, kiedy za co będę musiał się zabrać, ile to potrwa, kiedy będzie skończone, jak długo do soboty, jak prędko przyjdzie poniedziałek…

Przerwa między semestrami w połączeniu z krótkim urlopem pozwoliły mi bez wyrzutów sumienia nie zajmować się „rzeczami”. Po prawdzie, pewnie spędziłbym ten tydzień nie robiąc nic konkretnego, ale na szczęście odwiedziła mnie młodsza siostra.

Kiedy wyjechałem na studia, miała ledwie kilka lat. Widywała mnie co kilka tygodni, kiedy jeszcze często jeździłem do domu, i w wakacje. Ale z czasem znalazłem znajomych tutaj i częściej miałem z kim spędzić weekend bez odsiadki w pociągu czy autobusie. Znalazłem też pracę, nie było więc mowy o spędzeniu całych wakacji w domu rodzinnym. A kiedy się zaręczyłem, nawet nie na każde święta widziałem się z rodziną.

Dla nikogo nie było to łatwe. Chociaż wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy, tęskniłem za rodziną. Oni za mną też. Moje młodsze rodzeństwo dorastało, a ja widywałem tylko urywki z ich życia. Moi rodzice też zmieniali się, a ja zamieniałem z nimi tylko po kilka słów przez telefon. Ja też wchodziłem w „dorosłe życie” – sam usiłowałem określić, co to dla mnie oznacza, czym jest dla mnie odpowiedzialność za samego siebie i za innych. I chociaż rodzice, brat i siostry nie byli blisko w rozumieniu geograficznym, widzę, że decyzje, które podejmowałem, a które zakorzenione były przecież w wychowaniu, zbliżały mnie do rodziny. Gdzieś pomiędzy buntem nastolatka i studentem, który pozjadał już wszystkie rozumy zachował się wspólny system wartości. Może zmieniła się motywacja (przynajmniej ta deklaratywna) dla tych wartości, ale one same nie zmieniły się. Z rodziną, nawet po latach, „nadajemy na tych samych falach”.

Kiedy więc przyjechała moja siostra, mimo kilkunastu lat różnicy i mimo tego, że tak rzadko mieliśmy okazję spędzać razem czas, rzeczywiście czułem się jak w rodzinie. Wciąż pozostaje dla mnie zadziwiające, ile czasu potrzebowałem na zrozumienie, jak bardzo potrzebuję rodziny i czego szukam w relacjach z ludźmi. Od dawna wiedziałem, że inni ludzie są dla nas zwierciadłem: przez kontakt z nimi możemy poznać lepiej samych siebie. Ale są różne zwierciadła. Niejedno wykrzywia obraz, czasem zaś stroimy do nich miny. Udając coś przed ludźmi udaję też przed sobą, przez co nie tylko nie poznaję siebie, ale nabywam błędne przekonania. Tymczasem przez ostatnie dni czułem się… sobą. Naturalnie, bez udawania. Miałem na to miejsce. Podoba mi się, kogo widziałem.

Moja siostra ma dobre oko do fotografii.

Pokazując siostrze miasto także na nie mogłem spojrzeć na nowo. Sam poruszam się po nim odruchowo, na pamięć. Oprowadzając ją zastanawiałem się, co ona widzi, jak to dla niej wygląda – i przez to dzieliłem jej świeżą perspektywę. Dawno tak dobrze nie zasypiałem, jak po tym intelektualnym wysiłku! A nie potrzebowałem jechać dalej, niż kilka przystanków autobusem, żeby dostarczyć sobie tyle nowych bodźców.

Mam szczerą nadzieję, że częściej zdołam znaleźć czas na prawdziwy urlop dla siebie. Nie taki, podczas którego odhaczę kolejne miejsca i kolejne rzeczy do zrobienia. Oczywiście, to też jest bardzo miłe i potrzebne. Ale potrzeba mi też czasu spędzonego ze sobą, kiedy to mogę dowiedzieć się więcej o sobie. Dawno nie udało mi się to tak dobrze, jak przez tych kilka dni spędzonych z siostrą.

Dziękuję!

Mój jest ten kawałek podłogi

Znalazłem sobie swój kącik w Internecie. Żeby czasem napisać coś i podzielić się, żeby mieć miejsce na pochwalenie się, poddanie tematu pod dyskusję. Żeby mieć gdzie wyżyć się twórczo, albo trochę pomarudzić.

… i zamiast zacząć robić którąś z tych rzeczy, nie mogę zdecydować się na wygląd tego kawałka Internetu. Może liczy się to jako marudzenie?

Może odkurzę też aparat?